W weekend uczestniczyłem w Blog Forum Gdańsk. Po raz pierwszy na tego typu konferencji po obu stronach, po raz kolejny słuchając. Tego samego. Mówionego przez tych samych ludzi. To doskonały moment, żeby się znużyć. Wynurzyć. Na miejscu zdążyłem poczuć się zażenowany, bo sprowadzenie kwestii wolności do pieniądza, podczas gdy do głosu próbuje dostać się osoba z kraju, gdzie wolności słowa nie ma, gdzie wciąż trzeba o nią walczyć - może wywołać tylko taką lub gorszą reakcję. Jeśli ludzie, którzy tam się zgromadzili to blogosfera, to ja się wypisuję. Rozmawianie o pieniądzach, zarabianiu - mogę mieć na codzień i w praktycznie dowolnym kontekście.
To, o czym chciałem usłyszeć to historie z pasją. Ludzie, którzy mają coś ważnego do powiedzenia, którzy mają misję, pomysł, dla których blog to możliwość napisania o czymś dla nich ważnym. To nie jest coś na czym się zarabia. To jest coś do czego się dokłada, przez co się nie śpi po nocach, o czym się myśli w drodze z miejsca na miejsce, pod prysznicem, w wannie, zasypiając w piątek, jadąc samochodem, stojąc w kolejce, tłumie, robiąc zdjęcia na demonstracji podczas gdy wszędzie latają butelki z benzyną i puszki z gazem.
Większość ludzi nie potrafi pisać, nie powinna pisać, ale jeśli chce - proszę bardzo - wystarczy, że nie będzie do tego zmuszać innych. Tylko część ludzi chce pisać, jeszcze mniejsza grupa potrafi i właśnie ich chciałbym poznać. O ile pisanie dla samego siebie jestem w stanie zrozumieć, sławy- zaakceptować, koncepcja pisania tylko dla pieniędzy wydaje mi się z gruntu zła. Pobudki powinny być takie, że nawet gdy nie uda się nam zdobyć popularności, nawet gdy będziemy tylko do tego dokładać - wciąż odczujemy satysfakcję z tego, że odważyliśmy się przynajmniej spróbować przekazać coś dla nas ważnego. Bo to co piszemy, na samym początku piszemy dla siebie.
Hasło 'blogosfera' dzięki temu wyjazdowi zbliżyło mi się znacznie do mojego postrzegania ludzkości. Ludzie jako tacy szczególnie mnie nie interesują. Ciekawe dla mnie są dopiero jednostki, historie, idee.
Ipad -the gamechanger, funspoiler, bloodboiler & my evil, angry FUCK.
Mobilne rozwiązania, to przyszłościowe rozwiązania. Mobilne platformy, takie jak ipod, ipad – to przyszłościowe platformy. Firmy, które do tej pory posiadały mobilne rozwiązania dla platformy blackberry – nie muszą w tej sytuacji przepływać z kontynentu na kontynent. Wystarczy z wyspy, na wyspę. Ale wiecie co? NIE, KURWA, GALERĄ.
W wielu firmach panuje system okresowej oceny pracownika. Im krótszy okres, tym śmieszniej. W sytuacji gdy jest to system kwartalny, rozliczenia zaczynają się np 2 tygodnie przed kwartałem. Wyznaczane są nowe cele.... nowe cele są potwierdzane. Po miesiącu. Na przykład. Czasem zdarzy się tak, że centrala ma nową światłą wizję i wtedy zaczyna się robić śmiesznie. Nagle w twojej liście celów, których i tak nie masz czasu realizować – bo jesteś na projekcie – pojawiają się nowe, wpasowane bez ładu i składu przez centralę.
WTEM.
“Your objective is to develop a storyboard for a mobile intelligence application that demonstrates a workflow supporting a specific business case. The storyboard should be robust enough such that after review, a customer would feel comfortable beginning an iterative development cycle – meaning it does not have to be perfect, but the business value and usage scenario should be clear enough that the customer is ready to start spending money to get it developed.”
Myślicie sobie – przecież to nie takie trudne. Mówię wam – nie, to nie takie trudne. Niestety, cel ten dostał każdy, nie ważne czy techniczny, czy nie. Z doświadczeniem, czy bez. Nagle wszyscy muszą dowiedzeić się co to storyboard, wymyśleć co to przypadek użycia, a na koniec ruszyć głową co to rozwiązanie mobilne i czym różni się jego specyfika od zwyczajnego. Możnaby wymienić tak jeszcze parę kroków, ale ja nie o tym.
Mam wrażenie, że panuje tu odwrócony model googla. Pracownik zamiast mieć n% czasu pracy dla swoich projektów – ma poświęcać n% czasu wolnego dla projektu firmy. Rzecz jasna wyniki wchodzą w ocenę kwartalną, a kwartał to tylko 60 dni pracy. Nie licząc świąt. Nie licząc opóźnień związanych z przydzieleniem celów. Nie licząc wcześniejszego terminu oceniania. Nie licząc chorób. Urlopów. Mając za to listę nie jednego a kilku celów.... i parę projektów na głowie. Podróże służbowe, a czasem, niekiedy nawet – tu pozwolę sobie zażartować – życie prywatne. Zastanawiam się jeszcze, czy oceny kadry menadżerskiej też mają taki krótki horyzont czasowy – bo nie udawajmy, skutki ich działań zazwyczaj nie są widoczne tak szybko. No, chyba że coś spierzchną.
Bardzo się cieszę, że ktoś na górze usłyszał o słowie „croudsourcing”. Liczę, że wkrótce do nich dotrze również koncepcja „podwyżki”, „racjonalności”, oraz dość nowatorskie przypisywanie „odpowiednich ludzi do odpowiednich zadań”. Bo ścieżka kariery doprawdy, nie zaczyna się przy bramie kopalni.
Zastanawiacie się pewnie czemu Ipad w nazwie wpisu. To bardzo proste – chętnie takiego przyjmę – bo w firmie maks co dostanę to emulator. (ale podobno niektórzy, czasem dostają komórki. Bo awansów, to nie.)
Jestem Panda. Nie piję tej kawy. Zapisałem się do grupy Maxwell House dla kubka. Udostępniłem swoje dane osobowe. Możesz mnie przytulić.
I co z tego? Niewiele. Skrzynka pocztowa nie jest moja, adres emailowy ma dobry spamfilterm, a z przytulaniem, to żartowałem. Kawy we mnie nikt nie wmusza,a z grupy można się wypisać. Naiwnym byłoby wierzyć, że prezent jest darmowy, sądzę jednak, że będę w stanie nieść przez miasto to niebieskie brzemię.
Ponieważ akcja ta stała się dość popularnym tematem, nie będę robił wyliczeń, kalkulacji i całej reszty ( możecie to znaleźć na przykład tutaj). Chciałbym tylko powiedzieć, że z radością obserwuję rozwój sytuacji. Wszystko wskazuje na to, że kampania została zrobiona z głową,a co więcej - pomysłem.
1. Po rozpoczęciu akcji - wszystko zadziało się błyskawicznie. 2. Członków grupy jest 2.5 raza więcej niż kubków. 3. To jeszcze chwilę potrwa. 4. I nieważne jak pójdzie, zaistniała sytuację tak czy siak da się już podciągnąć pod sukces. 5. A będzie lepiej.
Nie wiem ile osób ma w zwyczaju wypisywać się z grup na facebooku - sądzę jednak, że nawet one - odczekają około dwa tygodnie, zanim poczta polska definitywnie zgubi paczki. Będzie to pierwsza cięższa próba dla kampanii, bo grupy antyfanów "Miałem mieć kubek, a wyszło jak zwykle" zyskają solidne argumenty - jednak przy odpowiedniej logistyce i starannym przygotowaniu temat - da się to szybko i bezkonfliktowo naprawić.
Przez ten czas można jednak zacząć tworzyć społeczność z przypadkowo zebranej grupy fanów posiadania "darmowego" kubka. Idzie im to całkiem dobrze, ponieważ próbując sprzedać młotek - zgodnie z teorią - świetnie mówią o wbijaniu gwoździ. Komunikacja płynąca ze strony grupy ma odzew jej uczestników, bo dotyczy nie samej marki, a tematu przewodniego kampanii - tego co się dzieje na mieście. Część z wiadomości to odwołania do internetowych memeów i innych elementów popkultury, są tam również informacje o wydarzeniach - a co najważniejsze - zachowany jest umiar. Oznacza to tyle, że mimo iż szczególnie z tą kawą nie czuję się związany, zapewne pozostanę w grupie - traktując ją jako mało uciążliwy informator kulturalny.
W przeciwieństwie do apple'a i paru innych marek - Maxwell House nie jest marką za którą się chce ginąć, czy chociażby iść na wojnę. Szczerze mówiąć, paraktycznie na nią nie zwracam uwagi - kampania jest więc skuteczna - bo firma miała okazję się zaprezentować. Zakładając, że kwestię statystyki możemy powierzyć Vilfredowi Pareto - około 10 tysięcy osób dalej będzie czynnie śledziło profil,a około 2 tysięcy - będzie aktywnymi fanami. Można przecież przyjąć, że Maxwell House jest na tyle dużą marką, że jednak miał szansę - w całej tej grupie głodomorów - trafić osoby, które jednak naprawdę ich lubią.
Poza tym - idzie wiosna! - Jest okazja na zrobienie akcji reklamowych z duchem kampanii - w terenie, a informacje o nich dość łatwo będzie przekazać przez istniejącą już liczną co do ilości członków grupę. Znów rozda się trochę prezentów. Zapewni dobrą zabawę. Zbuduje dobrą relację. Jednym słowem - wytresuje się klienta.
Bo jednorazowe akcje przychodzą i odchodzą, a karmienie z ręki może trwać latami.
Bonus, czyli Jak nie należy motywować pracowników.
Jedną z najstarszych sztuczek mających na celu poprawić wydajność pracowników, poza dołożeniem im dodatkowych batów, jest uzależnienie ich pensji od wyników. Czy to się sprawdza? Oczywiście, że tak. Pod warunkiem, że jesteś handlowcem.
Przyjmijmy za pewnik następującą sytuację:
W umowie o pracę rozdzielone niech będzie wynagrodzenie na podstawę oraz bonus. Rzecz jasna jest to 100 procent dodatku, ale sufitu nie ma - taka jest teoria, bo praktyka wskazuje zupełnie coś innego. Wyobraźcie sobie bowiem, że... nic od was nie zależy. O czym dowiadujecie się po fakcie, bowiem szczegółowe warunki przyznawania bonusu, oraz progi zmieniają się z roku na rok i są podpisywane oddzielnie. Wróćmy jednak do rzeczywistości.
Na czym może polegać błąd? Przydzielmy bonus zależny od wypracowanego przychodu technicznemu. Tu zaczyna się zabawa. Ponieważ stanowisko jest podstawowe, raczej nie będzie się wysyłanym do klienta (klienci tylko za granicą), co oznacza, że jest się pracownikiem zdalnym. Bycie pracownikiem zdalnym może i jakieś plusy ma ( badania trwają, ekspedycja nie wyruszyła) - jednak liczone jest tak na oko za 1/4 ceny.
Celem dobicia pracownika należy zrobić teraz trzy rzeczy:
-przypierdolić niebotyczne kwoty -bonus naliczać dopiero po przekroczniu ich połowy -uniemożliwić pracownikowi jakikolwiek wpływ na przydział do projektu.
Rzecz jasna ostatni punkt da radę obejść -istnieją bowiem pracownicy, którzy na jednym projekcie się nudzą,a są w stanie zapisać się na drugi - dzięki czemu kasują za dwa, a jakości pewnie nie starcza i na jeden.
Ostatnia kwestia tego niesamowitego rozwiązania motywacyjnego, to nic innego jak realia rynku - charakter pracy projektowej jest taki, że konsultant nie zawsze będzie przydzielony na projekt. Oznacza to, że w międzyczasie - nie jest w stanie wypracować bonusu, nie z własnej winy. Ze swojej winy natomiast nie jest w stanie wypracować bonusu jeśli zdecyduje się na szaleńczy akty wypoczynku - wzięcie urlopu oznacza, że w tym kwartale zapewne nie będzie się w stanie wypracować mitycznego dodatku.
Został jeszcze mały smaczek, czyli czas wypłacania dodatku - dwa miesiące po zamknięciu kwartału - to już miesiąc przed kolejnym zamknięciem - a po co się zwalniać, skoro już tyle udało się wypracować - bo przecież pracownik zwolniony, nie jest upoważniony, krótko mówiąc - najważniejszy jest tajming. Jednym słowem....
Szansa! Dostałeś pensję z podstawą i [werble] bonusem. Cofnij się o dwa pola.
Na koniec, dla rozluźnienia atmosfery: dowcip. Czyli jak wyglądać może acknowledgment do szczegółów tegorocznego bonusu.
"Plan Participant recognizes that TwójKochanyPracodawca (also referred to herein as the Company) needs to be flexible and respond to the needs and interests of the business, and accordingly, TwójKochanyPracodawca retains the discretion to modify, suspend, or terminate, in whole or in part, this Plan or any bonus payment, at any time."
Nie wiem jak wy, ale ja śmiałem się histerycznie głośno. histerycznie. i głośno. Bo przecież jeśli pracownik spełnił wymagania, czemu by nie obrócić całej tej sytuacji w żart.
Nie jest zbyt ważnym czy w firmie jest dobrze czy źle, chyba, że jest źle. Jeśli jest źle, należy uważać, żeby o tym nie powiedzieć. Można więc powiedzieć, że rynek stawia przed nami wyzwanie, nadeszły czasy w których dzięki biznesowej dynamiczności firmy jesteśmy w stanie wyprzedzić konkurencję, lub też nawet pokusić się o stwierdzenie, że nadchodzą czasy, które pozwolą nam znacznie wzbogacić nasze doświadczenie.
Co innego w przypadku gdy uda się podpisać mniejszą bądź większą umowę - to trzeba bezapelacyjnie obtrąbić tak, aby wszyscy pracownicy zobaczyli, że nie dość że nie jest źle, to nawet można pokusić się o stwierdzenie, że już zaraz będzie lepiej, a może nawet i dobrze.
Poprzedniej firmie zdarzyło się wysłać nazwę firmy, jednozdaniowy opis działania i widełki w które wpadała kwota. Rzecz jasna lud ciemny nie wszystko kupi i dość szybko ludzie zorientowali się, że rzeczywiście te projekty faktycznie miały miejsce. Jednak jakiś czas temu. Z tego miejsca chciałbym serdecznie pogratulować pomysłu. Najważniejsze jest budowanie zaufania i wiara w ludzi. Zaufania zabrakło, jednak wiara, że pracownicy to debile była doprawdy wielka.
... ale ja nie o tym. Teraz będzie przykład pozytywny, który moje serce podbił. Aktualna firma, kontynuuje zwyczaj propagandy i chwała im za to, bo dostarcza rozrywki na czas nieokreślony.
Jak to się robi na dzikim zachodzie:
Najważniejszym elementem każdego emaila jest nagłówek. Po nim będziemy bowiem filtrować niepotrzebne maile. Z uprzejmości dla reszty pracowników, warto więc zachować standardową formułę dajmy na to "W tym miesiącu stać nas będzie na wypłaty dzięki naiwności firmy: X".
Firmowy mail składa się z następujących części:
KTO - tutaj nastepuje krótka bajka o nowo odkrytym przyjacielu firmy, włącznie z informacją o przychodach i wielkości zatrudnienia. Dość łatwo jest nam ocenić kaliber zawodnika i czy warto czytać dalej...
CO - czyli jaki/jak będzie używany nas produkt na miejscu. Tutaj wystarczy kilka bulletpointów z czysto praktycznej strony, zamiast baśni o wdrażaniu wizji, poprzez realizowanie misji, która ma odzwierciedlenie w strategii zakładającej wykorzystanie naszego produktu do szerzenia dobra i puchatości przez naszych przyjaciół. Dzięki tej części wiemy, czy jest chociaż mała szansa, że będziemy brali udział w tej części, oraz - jaka jest skala projektu.
Co dalej? Miód na serca zatrudnionych. Zaczyna się baśń o ludziach stąd i zewsząd, mamy przecież niesamowitych ludzie u siebie, ale i przyjaciół z firm partnerskich którzy także dopychają nasze kontrakty kolanem. Ich epickie dokonania i historia zmagań zostaje pokrótce opisana, żeby przejść do cześci faktycznej czyli:
Kto był konkurencją, kogo zastąpiliśmy.
Czemu wygraliśmy? To moja ulubiona część - znajdujemy tu listę punktów mówiących o tym co się spodobało klientowi, w czym byliśmy lepsi od konkurencji i co zadecydowało o wyborze nas. Jest to również kronika towarzyska, z której możemy wyczytać o aktualnych romansach naszej firmy z innymi, wspierającymi.
Po tym wszystkim następują podziękowania dla accountów (których to raczej już nie obchodzi bo dostali bonus i walczą o kolejny)i garść linków - do strony klienta, do bazy wiedzy z obszaru działalności klienta, oraz do wdrażanego rozwiązanie - bo wciąż należy wierzyć, że ktoś będzie chciał dowiedzieć się czegoś więcej - zapewnijmy mu to zatem.
Wszyscy tańczą, otwierają butelki, z nich leją kolorowe bulgoczące płyny, a radość wypełnia całą pocztową skrzynkę. Znów się udało. Czemu o tym piszę? Bo w odróżnieniu od zwyczajnej propagandy sukcesu - ta zawiera treść niosącą informacje przydatne w praktyce. Poukładane, elegancko przycięte - bez zbędnego wodolejstwa... i tego się trzymajmy.
Crowdsourcing propaganda, czyli kłam mi spójnie, licz potrójnie
Nikt nie kocha marketingowców, a ten nasz dział marketingu rączki sobie urabia, wtyka je gdzie może, żeby klienta zachwycić ucieszyć i zrobić mu dobrze, a zła reszta firmy wszystko komplikuje. Firmy zazwyczaj działają tak, że jedynym przyjacielem marketingu jest dział sprzedaży i mają u niego pełne +1 w sprawie ściemniania, natomiast cała reszta idzie do klienta i jak na złość mówi mu prawdę. W takiej sytuacji trzeba coś z tym zrobić. Rzecz jasna komunikacja w firmie istnieje, skrzynki naszej nie zapełniają przecież niepotrzebne newslettery, a same ważne ogłoszenia, oświadczenia i objawienia nowej karnacji produktów.
Teraz już naprawdę dobrych.
I co z tego?
Nic. Nikt tego nie czyta, nikt nie ma czasu tego czytać, a skoro mail jest wysłany do całej firmy, to znaczy, że nie ma w nim nic na tyle szczegółowego, czego nie dowiedziałbyś się przypadkiem. Gdyby to było ważne, przecież być nie musi. Jednym słowem - nie wiadomo ile czasu można zmarnować, nie wiedząc nawet po co. To co i jak ja tu robię?
Otóż, nic. To co zwykle. A co należy? Należy robić tak, żeby było dobrze. Jednym z lepszych sposobów na dotarcie do współpracownika jest pomyślenie o tym co go to interesuje i co go to boli. (a może być to wyraz brzydki)
Ja bardzo chwalę sobie poniższą metodę moich misiów marketingu:
Wraz z każdą następną zmianą produktu, otrzymuję maila z informacjami, gdzie dość wyraźnie wyszczególnione są sekcje:
-Jaka nowa światła idea została wdrożona -Co się zmieniło? -Co mówione jest klientowi ze strony marketingu -Co powinniśmy podkreślać w rozmowach z klientem -Jak właściwie możemy to wykorzystać -Jak zapoznać się z rozwiązaniem -Jakie eventy przygotowane są dla klienta / źródła i materiały
Ostatni element -jak zapoznać się z rozwiązaniem- występuje w wersji 5-10-15. Jeśli mamy 5 minut - przeczytajmy slajdy, jeśli mamy 10 minut - dostajemy slajdy i notatki, jeśli mamy 15 minut, lub więcej - zapoznajmy się ze wszystkim, oglądając przy tym także wideo, które będzie pokazywane klientom. (jest to wypunktowane i okraszone bogato linkami).
Marketingowy bełkot jest tu ograniczony do minimum, na podstawie takiego maila jesteśmy w stanie określić co się stało i poświęcić temu z góry określony przez nas czas. W skrajnym przypadku może być to tylko pięć sekund napierwszy akapit, jednak tym chętniej i szybciej go przeczytamy, żeby ewentaulnie ze spokojem móc pominąć resztę.
Zombiefy yourself, czyli niech choinka rośnie w siłę
W przypadku Świętego Mikołaja byłoby lepiej, gdyby przychodził raz do roku i po cichu. Niestety - tegoroczne święta przepełnione są Mikołajem podwójnym z wielką choinką dla każdego i liczę, że właścicielom urośnie wymarzony metr, tyle że pod dupskiem.
Trzeba przyznać - kampania startującej teraz polskiej listy zakupów (sama lista jest niczego sobie) trzeba uznać za skuteczną - minęło zaledwie kilka dni od jej rozpoczęcia, a ja już mam jej dość. Po same uszy, lub tak świątecznie - po czapeczkę.
Piątą kolumną marketingu męczącego okazali się moi własni znajomi - jednym słowem sól socjalmedialnej ziemii. Kampania wykorzystuje model nazwijmy to - 'Pacmana'. Chapsnij spersonalizowanym linkiem jak najwięcej znajomych, a twoje szanse wzrosną bardzo. I taki Pacuś, podsyła link przez blipa, przez facebooka i na sto innych sobie tylko znanych sposobów. Inni też chcą wygrać inni też mogą wygrać, więc gdy tylko jeden z twoich znajomych wyśle link, możesz być pewnym, że cała reszta zaraz przyłączy się, wiadomo - z jeszcze większą werwą, skoro późno zaczęli, to bardziej się muszą starać.
Wygląda na to, że kampania reklamowa w mediach społecznościowych może zamienić się w coś pokroju piramidy finansowej, lub po prostu w łańcuszki z ludzką - co gorsza znajomą - twarzą. Czy to źle? Jeśli dostanę ślicznego profesjonalnego mac'a - to dla mnie nie.
Natomiast, w sytuacji gdy przypominam sobie falę gier które zamieniały cię w zombie/wampira/cokolwiek, po kliknięciu na podesłany link - mam coraz większe obawy, że trzeba będzie zweryfikować listę znajomych - w dobie mediów społecznych nie będę miał siły edukować wszystkich. Obawiam się bowiem, że sieci społeczne wkrótce staną się miejscem gdzie znajomy to bezmyślnie powtarzający to samo co inni zombie debil.
Tutaj nie można odpowiedzieć inaczej, niż w przemyślny i podchwytliwy sposób. Otóż, to zależy. Całą sytuację najlepiej oddaje cytat z filmu 'Chłopaki nie płaczą'.
- Jak Bolec coś nagra, to załatw, żeby to było pierwsze miejsce na liście przebojów. - Ale to chyba ludzie decydują... - To dowiedz się, jacy ludzie i porozmawiaj z nimi po swojemu.
W pierszej kolejności, należy zastanowić się, czy w społeczności mikrobloga znajdują się odpowiedni dla ciebie ludzie, oraz czy wiesz jak z nimi porozmawiać. Możliwe też, że nie musisz nawiązywać dialogu. Może po prostu chcesz im coś zakomunikować. Sposoby i zakres wykorzystania mikrobloggingu to temat na oddzielny wpis, więc na razie przyjmijmy, że decyzja została podjęta - wchodzisz to, ale pamiętaj o tym przez cały czas:
musisz umieć odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście ważne pytanie - co chcesz na blipie robić
Po pierwsze - odpowiedz sobie, czym jesteś.
Jeśli jesteś osobą prywatną - dość dokładnie wiesz, jak się opisać - '^GoroncaKasia' czy inne '^Krzysio007'. Krótkie "o sobie" może zawierać wtedy "To ja, zwariowana Kasia" lub "Jestem Krzyś, mam 7 lat", co zaowocuje liczną falą znajomych, bądź prewencyją wizytą dzielnicowego. Cała reszta nie ma jednak tak łatwo-na poczatku trzeba wybrać login. Zapewne wszystkie dobre loginy są już zajęte, a nawet ten, który ty sobie wymyśliłeś. Postaraj się jednak, żeby ten który wybierzesz był chociaż zbliżony do tematu, łatwy do zapamiętania i mało obraźliwy.
Mało komu będzie się chciało wpisywać "^tebuceodzajebistegopru warte są obserwowania".
Po drugie - znamy się mało, więc może bym powiedział parę słów o sobie.
Piszesz w ramach firmy? Piszesz w ramach marki? Może jesteś portalem? Blogerem? To twój oficjalny profil przewodniczącego klubu wielbicieli żółtej gumowej kaczuszki? Piszesz bo musisz, z kolegami, szef wam kazał? To świetnie. Wspomnij o tym - warto umieścić w 'o sobie' chociażby skromną informację na zadany temat. Masz imię? Trafiło ci się, połowa roboty za tobą, teraz wystarczy tylko je tam umieścić. Wymieniacie się z kolegami/koleżankami kontem? Przedstawcie się wszyscy (inicjały również starczą) i napiszcie kto korzysta z konta najczęściej/domyślnie.
Wpis pierwszy miał być rzetelny, obiektywny, zawierający jednak w podsumowaniu jasno określoną opinię autora na zadany temat, z bilbliografią/źródłami, a nawet podziękowaniami dla firm/blogów/portali (dalej encji biznesowych), które dostarczyły lub pomogły w zdobyciu zamieszczonych we wpisie informacji. Jednym słowem wszystko to, czego od wpisu oczekiwaliby dziennikarze, jeśli już mieliby przyjąć założenie, że na blogu tez można pisać profesjonalnie. Nie muszę rzecz jasna wspominać o humorze i blyskotliwosci, bowiem te wciąż mi się ostały, choć jako jedyne i nie bez problemów, gdyż : "Witamy w Dziale Obsługi Klienta X,
Dziękujemy za kontakt. Pana zapytanie zostało przekierowane do odpowiedniego działu. W przypadku gdy spotka się ono z zainteresowaniem odpowiedni dział się z Panem skontaktuje.
W razie jakichkolwiek pytań lub wątpliwości, prosimy się z nami ponownie skontaktować.
Dziękujemy za kontakt.
Pozdrawiamy"
Niestety, nie udało nam się otrzymać dalszej odpowiedzi, ani jakichkolwiek informacji. Po jakimkolwiek braku odzewu, zaprzestaliśmy dalszych prób kontaktu. Zapewne ja i moje zapytanie nie jesteśmy dość interesujący. Zapytanie jest oburzone, ja mniej, bo już trochę życie znam. Najlepszy kontakt miałem chyba z portalami tematycznymi/pół-i-mniej-profesjonalnymi, które po prostu rozłożyły ręce i powiedziały, że takich danych nie mają i jeśli pytać, to raczej u producentów.
Osobiście, nie mam firmie X za złe, że później się już nie skontaktowała, a jednak sformułowanie " W przypadku gdy spotka się ono z zainteresowaniem odpowiedni dział się z Panem skontaktuje." można by zastąpić czymś gładszym, dajmy na to "jesli bedziemy dysponować tego typu informacjami dostępnymi do publicznego użytku, natychmiast je przekażemy'. Równie odmowne, a jak brzmi!
Tym samym, z braku znajomości faktów, danych, informacji, nie pozostanie mi nic innego jak prowadzić tego bloga w nowym zakresie tematycznym, ale wciąż jednak w starym dobrym, tygrysim stylu. Śmiesznie, strasznie i bez sensu.